“Z pamiętnika młodej mamy”

6 rano, nie mogę już spać. Comiesięczne przypadłości kobiece mocno spóźnione…-Hmm- myślę sobie – może najwyższy czas zrobić ten test. Robię. Czekam. Jedna z kresek nieco blada, ale na tyle wyraźna, że spokojnie mogę odczytać, że wynik jest dodatni:)). Przez dłuższą chwilę nie dowierzam. Budzę męża. Zaspany patrzy co się dzieje i po co budzę go tak wcześnie. -Dwie kreski- mówię. Zdziwiony patrzy dalej, nieco już przebudzony. -Co?- pyta-Jakie kreski?-
– Zrobiłam test-mówię nieśmiało. Mąż jest już całkiem przebudzony. -I co?- pyta
– Dwie kreski, tzn., że jestem w ciąży. – Mąż uśmiecha się zaskoczony. Nie śpimy już na dobre. Nieco zaskoczeni tulimy się do siebie.
Kolejne dni upływają w oczekiwaniu na wizytę u lekarza.
Minuty dłużą się jak godziny, godziny jak dni do wizyty lekarskiej. I oto jest ten dzień, wyczekiwany, którego oboje z mężem nie zapomnimy. Od tej chwili wszystko się zmienia. Myślenie o tym co jem i pije. Co mogę, a na co przez 9 miesięcy mam szlaban:) I ten brak apetytu. Nie jest mi ani mdło ani początkowo nie reaguję na intensywne zapachy. Nie mam też ochoty na mieszanki typu śledzie z czekoladą. Myśl o zdrowym odżywianiu idzie nieco w zapomnienie, gdyż niektórych produktów nie mogę w siebie wmusić.
Niby jest normalnie, ale wszystko jest jakieś inne. I ten strach czy wszystko będzie dobrze.
Czy dam radę urodzić. Chociaż brzuszek zupełnie jeszcze “nieciążowy” i lekki to jednak pierwsze myśli o porodzie zaczynają się już pojawiać. Dość szybko przychodzi jakaś instynktowna myśl, że nie ja pierwsza i nie ostatnia będę mamą. I że w minionych wiekach kobiety miały naprawdę trudne warunki i nie miały tych wszystkich wynalazków ułatwiających życie. Myśl ta jest bardzo “przydatna”, kiedy pojawiają się różne nastroje od euforii po najczarniejsze myśli. Na szczęście tych drugich jest zdecydowanie mniej.

 

Przypomina mi się, że kiedy byłam nastolatkom, bardzo łatwo było mi krytykować swoich rodziców. Mówiłam wtedy jakich błędów nigdy nie zrobię. I jak mogli zrobić to czy tamto. I naszła mnie obawa czy rzeczywiście dochowam tych przyrzeczeń 😉 i czy moje dziecko nie podsumuje mnie w podobny sposób. Podpieram się myślą, że nie myli się tylko ten co nic nie robi.
Dni zaczynają pędzić. A ja zupełnie za nimi nie nadążam, z braku sił. Czuję się jakby ktoś odłączył mi prąd w moim organizmie. I ta ogarniająca mnie senność. Po prostu muszę się położyć spać w ciągu dnia. Ja, która byłam wulkanem energii, zwijam się w kłębek i wtulam w ciepły koc. Zupełnie nie wiem, kiedy odpływam na godzinę. Z czasem i ona nie wystarcza. I muszę przez 2 godz. W błogim paraliżu, odpocząć. Początkowo budzę się z wyrzutami sumienia. Ale po chwili tłumaczę sobie, że przecież nie dało się inaczej, że nie funkcjonuję jak się nie prześpię, że teraz pod mym sercem bije jeszcze jedno malutkie serduszko, które wszystko pozmieniało, które wywraca mój dzień o 180 stopni. Biorę też L4 w pracy bo czuję, że mój organizm mówi mi, żeby zwolnić.
Po przebudzeniu moje myśli kierują się w stronę kuchni, a wraz z nim jeszcze senna ja. Bardzo często chce mi się pić, a nie piję mało. Często też myślę o dużym kubku czarnej herbaty, potem kolejnym i kolejnym i kolejnym;) Po chwili stwierdzam, że niezbyt zdrowo. I od jutra postanawiam pić wodę z sokami niedosładzanymi.
Pierwsza zachcianka to kółka ryżowe z masłem, dobrą szynką bez chemii i domowe kiszone ogórki od naszej znajomej. Mówię mężowi, żeby po drodze z pracy dokupił ich więcej, bo zjem z chęcią każdą ilość. Oglądamy teatr telewizji zajadam się kółkami z masłem i ogórkami. Po chwili robi mi się strasznie niedobrze. Następnego dnia proszę męża, żeby zaopiekował się resztą kółek bo nie mogę na nie patrzeć a ich zapach bardzo mnie drażni. I już więcej nie jem kółek ryżowych.

 

Środek zimy a ja mam wielką ochotę na… czereśnie. W grę wchodzą jeszcze borówki amerykańskie, które kupuję jak tylko pojawiają się w sklepie. Bardzo też lubię wszystko co kwaśne co jest prawdziwą nowością, hitem jest czarna porzeczka, szczególnie sok. Jestem w nim zakochana. Teściowa twierdzi, że będzie chłopak…
Prawdziwym must havem jest zwykła ciemna bułka na wypasie:) z masłem, szynką, sałatą , serem żółtym, ogórkiem lub pomidorem. Tak to jest to. Obiady na ciepło mogą nie istnieć. Na szczęście nie przeszła mi ochota na owsiankę, którą jadłam na śniadanie przed ciążą. Owsianka koniecznie z mlekiem roślinnym, chia, owocami, najczęściej banan lub kiwi, różne orzechy i rodzynki.
Dzidzia też pięknie rośnie po tych wszystkich smakołykach:)) Na USG już widać zarys człowieka. Widać główkę, rączki, nóżki i tułów, a nawet uszy. Bryka równo, macha wszystkim co się da. Jestem wzruszona a jednocześnie rozbawiona:) po tym USG.

 

Na szczęście zima nie trwa wiecznie. Z wiosną przyszła ochota na owoce i warzywa.Wprost nie mogłam doczekać się truskawek, których nie jadłam prawie w ogóle przed ciążą.
Mój brzuszek ciążowy też rośnie, a ja nie tyję. Zupełnie się tego nie spodziewałam, myślałam że w ciąży będę bardzo gruba. A tu brzuszek rośnie a ja nie. To mnie bardzo cieszy i powoduje, że dobrze czuje się w tym stanie. Dostaje też mnóstwo komplementów. Nawet taki, że lepiej mi w ciąży niż bez niej:)) Wybieram się na pierwsze zakupy ciążowych ciuchów. Dość szybko też czuję ucisk na brzuch i macicę i zaczynam chodzić w ciążowych leginsach czy spodniach i sukienkach. Wspaniały wynalazek niektóre z tych ciążowych ciuchów. Zawsze podobały mi się ciążowe sukienki teraz mogę poszaleć. Zastanawiamy się nad wyborem szkoły rodzenia. Ostatecznie wybieramy z polecenia kilkorga znajomych. Zajęcia mamy 2x w tygodniu przez ponad miesiąc. Prowadzi je Pani położna i inne osoby zaproszone z zewnątrz. Bardzo fajne zajęcia. Szczególnie te praktyczne z fantomami dzieci.
Co raz częściej zaczyna do nas docierać fakt, że będziemy rodzicami. Jest to kosmiczne i jedyne w swoim rodzaju uczucie. Nieporównywalne z niczym innym. Wydawało mi się z wraz pierwszym trymestrem moja ochota na spanie skończy się… jakże się myliłam…Mogę powiedzieć, że nic się tym temacie nie zmieniło. Sporo też się ruszam, nadal pracuję ale mam tak szczęśliwy układ z szefową, że jak poproszę to mogę iść wcześniej do domu. W pracy niektóre osoby krzywo na mnie patrzą, chyba z zazdrości, ale nie spada na nich moja praca wszystko staram się kończyć o czasie. Biorę też tłumaczenia – dodatkową pracę do domu, ale robię je w wolnych chwilach i nie biorę takich na cito, żeby nie musieć siedzieć po nocach. Każda kasa się teraz przyda, kiedy dzidzia w drodze. Zaczynamy już planować wydatki związane z zakupem wyprawki. Robię też listę zakupów. Rozkładamy je na tury, żeby nie robić tego na raz. Bo lepiej nam będzie to przewieść, i nie zagracimy sobie tak mieszkania. Pytaliśmy już w sklepie można wybrać rzeczy a potem wpłacić zaliczkę. Sklep super zawsze frontem do klienta. www.dzieciecemarzenia.pl

 

Zaczynamy też po malutku urządzać pokoik dla dzidzi. Początkowo planuje, że będzie spać z nami w sypialni, ale gdzieś musimy trzymać te wszystkie rzeczy. Wybieram spokojny brzoskwiniowy odcień farby antyalergicznej do ścian. Myślę już o białych mebelkach. Na pewno łóżeczko, komoda z nadstwką do przewijania, szafa, skrzynia na zabawki i regał. Chcę też kupić dostawne malutkie łóżeczko, które będzie przy naszym łóżku. Słyszałam, że super się sprawdza. I dodatkowy przewijak na pralkę w łazience. Podoba mi się też taki regał kąpielowy z wanienką, ale nie wiem jeszcze czy go kupię czy może bardziej w naszej niedużej łazience sprawdzi się stojak i wanienka. Zawsze mogę go złożyć a wanienkę położyć np, szafie.
Kończymy już zajęcia w szkole rodzenia. Było super. Biorę namiary do dwóch dziewczyn, z którymi najbardziej się zżyłam, często rozmawiamy. One pierwsze będą rodzić przede mną. Raz udaje nam się nawet spotkać w lodziarni, na soczkach owocowych.
Czas pędzi nieubłaganie, jedna z nich Kasia urodziła nieco przed czasem synka Wojtusia 2,7kg. 48cm. Zdrowy jest mimo, że się troszkę pospieszył na świat, miała też sporo komplikacji z ciążą, ale ostatecznie, mogła chodzić na zajęcia, ponieważ były blisko domu i szpitala;). Zaraz za nią rodzi Ania duża dziewuszkę Amelkę prawie 4kg, 58cm. Niewiele by brakło a miałaby cesarkę, bo poród miała bardzo ciężki. Na szczęście miała dobrą położną, która poprowadziła ją w tym porodzie tak, że urodziła siłami natury dużego klocuszka.
Zastanawiam się jaki będzie mój, nasz poród…Boję się. Ale jak mówi mama inaczej na ten świat nie wyjdzie:)))